niedziela, 9 grudnia 2018

Mama nastolatków



Nieubłagalnie zbliża się moment, gdy z mamy szóstki stanę się nieodwołalnie mamą nastolatków. Za niespełna trzy tygodnie Najmłodszy osiągnie -naście lat, co oznacza, że jego zdanie, opinia i sądy coraz bardziej będą brane pod uwagę. Przed nim okres podejmowania pierwszych znaczących decyzji, przede mną – świadome przecinanie kolejnej, niewidzialnej pępowiny.
Jak szybko minął ten czas spostrzegłam, uświadomiwszy sobie, że na fotce sprzed 10 lat nastolatką jest tylko Najstarsza. Kiedy, powiedzcie mi, kiedy oni wszyscy wyrośli z pampersów, przedszkola, zerówki i młodszych klas? Dlaczego miejsce zabawnych rysunków z jeszcze zabawniejszymi opisami i podpisami zajęły całkiem profesjonalne prace, wiersze czy przemyślenia? Jak to się stało, że za chwilę trzecia matura i piąty wybór liceum?
Przecież nie przespałam tego niczym Śpiąca Królewna? Chyba nie? A jednak jakby coś pamiętam… był kiedyś jakiś kołowrotek…
Nie będę ukrywać, że bycie mamą nastolatków niesie ze sobą wiele trudnych momentów. Bunt, fochy, awantury, płacz, depresja. Chwile, gdy brakuje pomysłu na rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, wypełniają niemal całą przestrzeń wzajemnych rodzinnych relacji. Nagle odkrywam, że jestem sama w otoczeniu młodych, dorastających ludzi, których poczucie bezpieczeństwa nie zależy od zapewnienia im fizycznej ochrony, ale od dania im wskazówek na przyszłość, którą muszą udźwignąć sami. Jak dać im te wskazówki, skoro przeżyłam tylko swoje życie i  wcale nie jestem pewna czy dobrze?
Przed kilkoma miesiącami odnalazł mnie ktoś, dzięki komu sama poczułam się nastolatką. Siedemnaście, osiemnaście, nie więcej, bez ciążącego jeszcze widma matury – taki cudownie niewinny i beztroski okres, kiedy człowiek cieszy się, że we dwoje pasujemy do siebie jak puzzle, że możemy kończyć za siebie zdania, trzymać się za ręce, śpiewać gdy ktoś zagra na ukulele znane kawałki, a w domu zawsze jest coś do zjedzenia, własne łóżko, może nawet własny pokój, na który nie trzeba jeszcze zarabiać. Najpiękniejszy czas w życiu. Poza pierwszymi latami macierzyństwa, rzecz jasna, ale to zupełnie inna bajka.
Patrzyliśmy wczoraj na moją młodszą trójkę, słuchając ich rozmów, chichocząc z ich tekstów i widząc, jak bez prób, sceny i kurtyny nieświadomie odgrywają kabaret dla nas, przycupniętej w ciemnym kącie stołu widowni. I dotarło do mnie, że to nie jest tak, że nie umiem dać im wskazówek. Sztuka życia to umiejętność budowania relacji, nikt się z tym nie rodzi. Uczymy się całe życie. Uczymy się od siebie nawzajem.
Zamiast refleksji dziś garść nastoletnich mądrości, z którymi zostałam jak z materiałem na egzamin:

- A teraz oddaj nam już naszą mamę – rzekł z uśmiechem Starszy z Młodszych do mojego partnera.
- Pierwszy raz widzę cię mamo tak szczęśliwą, z wyjątkiem tych zdjęć, na których jesteśmy mali – powiedziała Młodsza.
- Fajniej jednak było zostać z wami – przyznał Starszy z Młodszych.
- Dlaczego teraz jesteś taka wesoła, a zwykle, gdy jesteśmy w domu, wracamy ze szkoły tylko wrrrr! i wrrrr!?

I wiecie co? Nie wiem, co wystawią mi w indeksie, ale postaram się zdać najlepiej jak potrafię. Mam skąd czerpać wiedzę. Z nikim nie konkuruję. Ale jeśli ja zdam ten egzamin nieźle, oni też poradzą sobie ze swoimi w przyszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz